Uwaga! Tytuł i recenzja są spoilerami - nie czytaj!

NOWA ROK
JEST
KOBIETĄ!

W półmroku na tle kurtyny pojawia się dwóch energicznych mężczyzn, uzbrojonych we wszystko, co należy do arsenału nieodpartego uroku eleganckich dżentelmenów. Przybierają pozy Jamesa Bonda i …znikają bez słowa.

Zasłona podnosi się i scena eksploduje dźwiękami, światłami, kolorami i ekstrawaganckimi strojami kilkudziesięciu gwiazd noworocznej zabawy. Uwagę od razu przykuwają Król Kier i Królowa Pik balu, czyli Piotr Brodziński i Weronika Zięba. Pulsujący rytm „Hey Pachuco!”, gorącego swingu z filmu „Maska” (na szczęście nikt nie ma zielonej twarzy😉) wskazuje, że tego wieczoru nie wszystko będzie grzeczne.

Wirują białe pióra w rękach tancerek w długich satynowych rękawiczkach i efektownych mini cylindrach oraz sukienki i fraki w karciane symbole, a atmosfera amerykańskiego kasyna z lat czterdziestych wyraźnie hipnotyzuje publiczność.

Właśnie znaleźliście się w samym środku najlepszego balu noworocznego 2025/26 r., który od początku olśniewa rozmachem, bogactwem i przepychem. Zachwyca żywiołowością, tańcem, ruchem, strojami, muzyką, piosenkami i głosami wykonawców.

„Misję: Rozrywka! 29. Galę Sylwestrową” w Teatrze Rozrywki zrealizowano według niezawodnej zasady Alfreda Hitchcocka: historia powinna zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.

Dzięki temu koncert jest znakomity! Kosmicznie daleki od przeciętności i przaśnego stylu telewizyjnych „sylwestrów” wypełnionych wyeksploatowanymi do granic możliwości przebojami byłych gwiazd i siermiężnym dowcipem prowadzących. Tu mamy wulkan żywej i wciągającej rozrywki – zespół teatru przygotował fantastyczne, barwne i różnorodne widowisko dla publiczności, która oczekuje więcej, niż rytmicznego podrygiwania do znanych na pamięć melodii. Inteligentne – i chwilami zaskakujące – połączenie wielu stylów muzycznych z różnych okresów i zakątków świata jest atrakcyjną podróżą w czasie przez kilka kontynentów. Może być również podstawą do erudycyjnej zabawy w rozpoznawanie i kojarzenie wątków muzycznych z ich oryginalnymi wykonawcami, czy filmami, w których je wykorzystano. A pomysłów i inspiracji, skłaniających do odkrywania takich powiązań, w tym roku autorom koncertu nie brakowało!

Niezobowiązującą i elastyczną kanwą przedstawienia jest poszukiwanie zaginionego Nowego Roku przez dwóch Bondopodobnych, lecz lekko zagubionych i nieporadnych agentów specjalnych …specjalnej troski. Oryginalna konferansjerka Sławomira Banasia i Jarosława Czarneckiego jest przyjazna dla widzów, pozbawiona nachalności, wymuszania reakcji i wzywania do klaskania. Panowie nie robią za automaty, recytujące tytuły utworów i nie pokrzykują po każdej piosence: „jak się bawicie?!” (co jest raczej odzwierciedleniem jałowości i braku pomysłu na rozruszanie publiczności), ale znacznie łagodniej i skuteczniej – poczuciem humoru i suspensem – generują spontaniczne interakcje z widzami. Sławomir Banaś (również współscenarzysta i reżyser koncertu), obdarzony nieograniczonym talentem komediowym, wprowadza chaos przesadną ekspresją, wywołując salwy śmiechu każdym swoim pojawieniem się, a bardziej stonowany Jarosław Czarnecki w kontrze do niego, stara się być głosem rozsądku, przywołując roztrzepanego kolegę do porządku. Konferansjer to magik – działa środkami, których na pierwszy rzut oka nie widać, a obaj panowie mają tę sztukę (i sztuczki) opanowane do perfekcji.

Subtelnie grają własny spektakl, nie ingerując w dramaturgię części muzycznej koncertu (z dwoma małymi wyjątkami, kiedy sami śpiewają), kreują komediową historię na jego marginesie. Rozwiązanie genialne w swojej prostocie i wdzięczne w realizacji.

Agenci na przemian, wspierając się i konkurując ze sobą, nie szczędząc sił, nerwów i kilometrów przez ponad trzy godziny poszukują Nowego Roku, bez którego niemożliwa jest prawdziwa rozrywka. Odwiedzają Las Vegas, Hollywood, Bollywood i Łóóódź Bałuty, gdzie „czuć piniądz”. Są na Hawajach, w Berlinie, Paryżu i …teatralnym barze z pysznym serniczkiem i napastliwymi kobietami💋. Tylko do Radomia nie mieli jak dolecieć, ale kto by tam szukał Nowego Roku w Radomiu. Ten może przecież ukrywać się również w refrenie, rytmie, czy jaskini hazardu…

W Las Vegas szczęście sprzyja „ruletki królom i kart czarodziejom” (Mateusz Sawiel, Natan Nogaj, Przemysław Witkowicz, Bartłomiej Kardyś, Dominik Koralewski, Michał Gucma, Rafał Talarczyk, Paweł Stefan), którzy mogą patrzeć w przyszłość przez różowe okulary, ponieważ zmieniono część oryginalnego tekstu piosenki „Viva La Vida!” zespołu Coldplay, mówiący o władcach świata, którzy skusili los i teraz zamiatają ulice, którymi rządzili.

Wykonania utworów są świetne, ale zdecydowanie najmocniejszą stroną tegorocznego koncertu sylwestrowego jest choreografia. To niesamowity taniec rządzi „Misją: Rozrywka!” i czyni z niego wydarzenie wyjątkowe. Zwykle to wokaliści są pierwszoplanowymi bohaterami widowiska, a tu nawet Król musi ustąpić pola tancerzom!

Bartłomiej Kardyś, świetnie interpretujący wiązankę przebojów Elvisa Presleya, tylko przez chwilę bryluje na scenie i odrzuca awanse trzech pań (Małgorzata Mazurkiewicz, Katarzyna Osuch, Sonia Kostrzewa), które odtrącone przez idola wybierają nowych partnerów (Wojciech Stawiarski, Krzysztof Konopka, Paweł Majewski) i dają pokaz fantastycznego rock and rolla. Elvis może tylko patrzeć z podziwem!

Detektory seksapilu wybuchają, kiedy na scenie pojawia się Barbara Ducka w towarzystwie sześciu tancerek w czarnych cekinowych sukienkach i krawatach z perełek. Weronika Zięba, Zuzanna Marszał, Aleksandra Karch, Agnieszka Saletra, Sofiia Popova i Laura Łapowuchow z takim ogniem tańczą „Gdzie ci mężczyźni?”, że publiczność wpada w euforię. Brawa dla pań zwłaszcza za efektowny układ z krzesłami.

Nonszalanckie wykorzystanie krzeseł przez tancerzy dodaje także uroku „Libertangu” Astora Piazzolli. Tu paniom towarzyszą już panowie, a jedynym, który pozostaje na polu tanecznej próby sił i może spojrzeć śpiewającej Ewie Grysko w oczy, jest Oleksandr Mysiuk. To oczywiście nawiązanie do wykonania Grace Jones, znanego pod tytułem „I’ve Seen That Face Before” z 1981 r.

Za sprawą sugestywnej choreografii najważniejszym i najbardziej poruszającym momentem tego koncertu jest „Brothers in Arms”, utwór zaśpiewany przez Dominika Koralewskiego w oryginalnej, świadomie nieco przesadnej teatralnej formie.

Trudno wyobrazić sobie bardziej „niesylwestrową” piosenkę, ale to tylko potęguje jej piorunujący efekt. To wkomponowana w strukturę koncertu głęboka refleksja i mrożący wyrzut sumienia. Mark Knopfler napisał ją w połowie lat 80. w reakcji na bezsensowną brytyjsko-argentyńską wojnę o Falklandy (trwała 73 dni – od kwietnia do czerwca 1982 r. i pochłonęła ponad 900 ofiar). Jest to wstrząsający zapis ostatnich myśli i słów, umierającego na polu bitwy żołnierza, którego nie opuścili towarzysze broni. To antywojenny protest song, o wspólnocie, współczuciu i bezsensie zabijania się w konfliktach, z których nigdy nikt nie wychodzi jako zwycięzca. Utwór wielki, o tragicznej wymowie, pełen odwołań do rzeczy ostatecznych, które w genialny sposób zostały wyrażone niesamowitym ruchem scenicznym zespołu baletowego. Są w tym pięknym i upiornym jednocześnie TAŃCU (sic!) obrazy, których w żaden sposób nie można uznać za „rozrywkowe”. Jednak w połączeniu z wysoko postawionym głosem Dominika Koralewskiego sprawiają, że widzowie ze ściśniętymi gardłami obserwują tancerzy, dokonujących heroicznych czynów, w zaprzeczających grawitacji niemożliwych ustawieniach. Uwięzieni w bezsensie wojny, poddani jej wynaturzonym w(pływom) najpierw z nadludzkim wysiłkiem walczą o wyrwanie się z jej macek, a później już tylko zastygają martwi w pomnikowych pozach, przypominających greckich herosów. Towarzyszące ich agonii, nasilające się bezwolne spazmy tancerek, to nic innego, jak próba zerwania okowów i przedśmiertne konwulsje „towarzyszy broni” oraz kobiet opłakujących poległych mężczyzn. Umieszczenie artystycznej wizji apokalipsy w koncercie sylwestrowym dowodzi ogromnej odwagi i przenikliwości autorów widowiska. Nawet w najbardziej radosnym momencie roku nie powinniśmy zapominać, że niedaleko, w okrutnej i niesprawiedliwej wojnie właśnie umierają ludzie. Jarosław Staniek, autor choreografii i zespół baletowy Teatru Rozrywki zasługują na najwyższe uznanie za stworzenie takiego diamentu.

Utworów z głębszym przesłaniem, mówiących o trudnych sprawach i skłaniających do myślenia, jest w tym koncercie więcej, choć żaden nie jest specjalnie eksponowany. Ich wymowa wynika ze sposobu interpretacji oraz choreografii właśnie.

Niezwykłą symbolikę ma pięknie zaśpiewany przez Aleksandrę Dyjas – czystym głosem o imponującej skali – przebój Sii „Chandelier”, opowiadający o uzależnieniach, epizodach depresyjnych nauce na błędach i odzyskiwaniu wolności. Wokalistka, stojąca skromnie na schodach w głębi sceny pozwala, aby widzowie skupili się na niezwykłym przedstawieniu odbywającym się w jej centrum – trzy tancerki (Weronika Zięba, Aleksandra Karch i Agnieszka Saletra) uwięzione w dużych mobilnych klatkach, w ekwilibrystyczny sposób wyrywają się z nich, by po chwili, jakby wbrew własnej woli, ponownie znaleźć się w ich wnętrzu i powtarzać pozornie skazaną na niepowodzenie walkę. Te, którym udaje się w końcu uwolnić, nie pomagają zamkniętej koleżance, lecz wirują z jej klatką w szaleńczym pędzie. Taneczna opowieść idealnie wpasowuje się w powtarzaną w refrenie monotonną wyliczankę: „one, two, three…, one, two, three…” i złowrogie wieloznaczne „huśtanie się na żyrandolu”. Przemawiająca do wyobraźni i zgodna z duchem feminizmu ilustracja zmagań z wszelkimi słabościami i ograniczeniami. Autorką bardzo efektownego, choć niezwykle trudnego i wymagającego perfekcji układu choreograficznego (klatki są niestabilne i ciężkie) jest  Zuzanna Marszał.

Ekstremalny pokaz akrobacji artystycznych i tańca dają Rozaliia i Oleksandr Minienkovowie w „Skyfall” w pięknej klasycznej interpretacji Alicji Witomskiej, która stojąc z boku sceny, ustępuje pola parze tancerzy. Wymagający cyrkowej sprawności performans z powodzeniem mógłby znaleźć się w czołówce kolejnego filmu o wyczynach Jamesa Bonda. Niestety w tym wypadku odwraca on nieco uwagę od znakomitego głosu wokalistki.

Fantastycznie opracowaną i widowiskową oprawę taneczną ma śpiewana przez Rafała Talarczyka „Fairytale” (Alexander Rybak wygrał tym utworem konkurs Eurowizji w 2009 r.), zaaranżowana w stylu energicznego irlandzkiego stepu. Podkreślają to zielone sukienki tancerek i olśniewający optymizmem perkusyjny tap dance.

Wielkim wyczuciem i precyzją muszą wykazać się tancerze w „Alei Gwiazd”, wykonywanej przez Marię Meyer na zaciemnionej zupełnie scenie. Mrok rozpraszają od czasu do czasu tylko latarki przymocowane do dłoni dziesięciu tancerek i tancerzy. Efekt jest niesamowity, a zachowanie w ciemności idealnej synchronizacji tańca i sekwencyjnych włączeń lampek musi być piekielnie trudne i wymaga od wykonawców jakiegoś niepospolitego dodatkowego zmysłu. Autorką gwiezdnej choreografii jest Małgorzata Mazurkiewicz.

Druga część koncertu rozpoczyna się eksplozją barwnej wschodniej egzotyki, czyli piosenką „Hindi Sad Diamonds” z „Moulin Rouge”, którą Sofiia Popova śpiewa w takim stylu, że Nicole Kidman i Alka Yagnik, wykonujące ją w filmowej wersji, mogą najwyżej na basenie podawać jej drinki z palemką. Autorem imponującej choreografii jest teatralny specjalista od indyjskiego tańca – Krzysztof Konopka.

Wykorzystany w „Moulin Rouge” „Hindi Sad Diamonds” w rzeczywistości nosi tytuł „Chamma Chamma Baaje Re” (w jęz. bengalskim: „O mój Boże, to jest złe”) i pochodzi z bollywoodzkiej superprodukcji pt. „China – Gate” z 1998 r. (w odnowionej wersji pojawia się także w filmie „Fraud Saiyaan” z 2019 r.)

Niekwestionowaną seksbombą koncertu jest Beata Wojtan, która najpierw kusi jako Marylin Monroe w „Nie mówcie tak” („Don’t Say Yes Until I Finished Talking”) z kultowego w środowisku musicalowym serialu „Smash” i omal nie pozbawia …życia swojego producenta Darryla F. Zanucka (w tej roli świetny Natan Nogaj), a później jako femme fatale w „Toxic” i w końcu jako (Nowy) Nowa Rok 2026!

Piosenka „Nie mówcie tak” w „Smash” pojawia się tylko jako fragment próby do przygotowywanego musicalu, a w „Misji: Rozrywka!” stała się wciągającą fabularną etiudą z charakterystycznymi bohaterami i akcją opartą na historii znanego hollywoodzkiego producenta, który musiał radzić sobie z wybrykami niesfornej gwiazdy, jaką była Marilyn. Aktorka zwykle spóźniała się na plan, nie znała tekstu, awanturowała się, była niestabilna emocjonalnie, nadużywała alkoholu i leków oraz miewała gwiazdorskie kaprysy. Dziś sposób, w jaki traktował ją Zanuck, niewątpliwie uznany zostałby za mobbing i molestowanie, dlatego sylwestrowa Marilyn radzi sobie z bezczelnym producentem jak Bond. James Bond. Bo… Bond też może być kobietą!😜

Show w „Toxic” również dają kobiety – Beata Wojtan, Weronika Zięba, Zuzanna Marszał, Agnieszka Saletra i Sonia Kostrzewa. Jeśli ktoś uważa, że bardziej seksownie, niż zrobiła to Britney Spears się nie da, to zapraszam do Teatru Rozrywki. W tym utworze widać wyraźnie kto i w jaki sposób rządzi światem. Krzysztof Konopka podaje tylko „flakonik” perfum i dzieje się magia…

Najlepszym wokalnie fragmentem koncertu jest zmysłowe „Summertime” wykonane przez Wiolettę Białk tylko z towarzyszeniem pianisty, Daniela Ruttara. Niesamowite wokalizy i sposób wykorzystania mikrofonu, to rzucająca na kolana wirtuozeria. BRAWO!

Ta kołysanka z 1934 r. napisana przez George’a Gershwina do opery „Porgy & Bess” brzmi w koncercie sylwestrowym wręcz drapieżnie zalotnie. Stworzenie tak oryginalnej interpretacji jest niezwykłym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że jest to najczęściej coverowany utwór na świecie i istnieje już ponad 25 tys. zarejestrowanych wersji.

Podobnie ekstremalne wrażenie robi „Listen” fantastycznie zaśpiewany przez Annę Surmę i podkreślony ekstrawertycznym tańcem Sofii Popovej. Niezwykle trudny utwór wykonany pełnym mocnym głosem, bez kombinowania, efekciarstwa i szukania sposobów interpretacji. Wyraźnie wyczuwalna jest transcendentalna zgodność – piosenka idealnie zgrała się z energią i możliwościami wokalistki. To pełne niezwykłej urody wykonanie bez wątpienia powinno znaleźć się w wystawianym od kilku sezonów w Teatrze Rozrywki spektaklu muzycznym „Hity Musicali”.

„Listen” pochodzi z filmu muzycznego „Dreamgirls” sprzed 20 lat (opartego na broadwayowskim musicalu z 1981 r. pod tym samym tytułem) , a jego oryginalną wykonawczynią i współautorką jest Beyoncé Knowles, która w filmie gra Deenę Jones – postać wzorowaną na Dianie Ross.

Świetna jest śpiewana przez damski kwartet „Chcę bohatera” („I Need a Hero!”). W filmie „Footlose” z 1984 r. utwór Bonnie Tyler fetował zwycięzcę wyścigu na traktorach, czyli Kevina Bacona, ale w „Misji: Rozrywka!” wymagania są większe – prawdziwym bohaterem dla Ladies in Red, czyli Anny Surmy, Aleksandry Dyjas, Alicji Witomskiej i Wiolety Malchar-Orynicz może być wyłącznie hybryda karateki z lajkonikiem, a to potrafi tylko Rafał Gajewski.

Jednym z najbardziej wzruszających utworów wieczoru jest wykonywana przez dwa duety – wokalny i taneczny – piosenka „Przypływy” (Natalii Szreder i Ralpha Kaminsky’ego). W niepowtarzalny sposób śpiewają Paulina Magaj-Szpak i Rafał Talarczyk (lub Piotr Brodziński), a Aleksandra Karch i Dawid Pilszek zjawiskowym tańcem i finezyjną mimiką opowiadają smutną historię o poszukiwaniu, niedostrzeganiu i stracie (nie)możliwej miłości.

Panowie sądzący, że torebki są dla kobiet fetyszem, dostają pokazową lekcję w „Don’t Start Now” (wyk. Paulina Magaj-Szpak), jak bardzo się mylą i co się dzieje, kiedy błyszczące znacznie mocniejszym blaskiem od swoich wieczorowych torebek panie Małgorzata Mazurkiewicz, Aleksandra Karch, Sonia Kostrzewa i Katarzyna Osuch odrzucają je w kąt. Kroku dotrzymują im tylko Dawid Pilszek i Krzysztof Konopka.

Bardzo wymowna jest taneczna interpretacja – tym razem wyłącznie w męskim wykonaniu – „The Show Must Go On” (śpiewa Marta Tadla), zawierająca odniesienia do japońskiego przysłowia „Nie szukaj i nie wytykaj złych czynów i słów innych ludzi”, symbolizowanego przez Trzy Mądre Małpki (Mizaru, Kikazaru, Iwazaru), czyli: „Nie widzę nic złego, Nie słyszę nic złego, Nie mówię nic złego”. Dynamiczna i błyskotliwa choreograficznie opowieść panów Krzysztofa Konopki, Pawła Majewskiego, Dawida Pilszka, Wojciecha Stawiarskiego, Łukasza Majowskiego i Oleksandra Mysiuka jest niezwykle inteligentnym przekazem, że nie można pozostawać obojętnym wobec zła i stawać się bezwolnym pionkiem w czyimś chorym przedstawieniu. Bardzo aktualna i przemawiająca do wyobraźni diagnoza otaczającej nas rzeczywistości. Mistrzostwo!

Atmosfera koncertu jest tak umiejętnie i systematycznie podkręcana, że musi się on kończyć ogniem – i rzeczywiście „Płonąca stodoła” w turbo wykonaniu Mateusza Sawiela i połączonych sił zespołów: baletowego, wokalnego i aktorskiego ma wulkaniczną siłę i temperaturę. Po pożarze możemy już tylko potrząsnąć piórami („Shake Your Tailfeather”) i wkroczyć w 2026 r. z nową energią.

Tytuł recenzji dowodzi mojej bezradności w wymyślaniu feminatyw.

Jednak jeśli …osobą noworoczną😜 jest kobieta – i to jaka! – to za radą Agenta 0,5 przytulmy ją i jak najczęściej mówmy jej miłe słowa. Niech w geście wdzięczności Nowa Dwa Tysiące Dwudziesta Szósta będzie dla nas szczodra, wyrozumiała, wspierająca, błyszcząca i atrakcyjna.

Taki program minimum – jak w pralce. A resztę się jakoś zorganizuje!😉