W Las Vegas szczęście sprzyja „ruletki królom i kart czarodziejom” (Mateusz Sawiel, Natan Nogaj, Przemysław Witkowicz, Bartłomiej Kardyś, Dominik Koralewski, Michał Gucma, Rafał Talarczyk, Paweł Stefan), którzy mogą patrzeć w przyszłość przez różowe okulary, ponieważ zmieniono część oryginalnego tekstu piosenki „Viva La Vida!” zespołu Coldplay, mówiący o władcach świata, którzy skusili los i teraz zamiatają ulice, którymi rządzili.

Wykonania utworów są świetne, ale zdecydowanie najmocniejszą stroną tegorocznego koncertu sylwestrowego jest choreografia. To niesamowity taniec rządzi „Misją: Rozrywka!” i czyni z niego wydarzenie wyjątkowe. Zwykle to wokaliści są pierwszoplanowymi bohaterami widowiska, a tu nawet Król musi ustąpić pola tancerzom!

Bartłomiej Kardyś, świetnie interpretujący wiązankę przebojów Elvisa Presleya, tylko przez chwilę bryluje na scenie i odrzuca awanse trzech pań (Małgorzata Mazurkiewicz, Katarzyna Osuch, Sonia Kostrzewa), które odtrącone przez idola wybierają nowych partnerów (Wojciech Stawiarski, Krzysztof Konopka, Paweł Majewski) i dają pokaz fantastycznego rock and rolla. Elvis może tylko patrzeć z podziwem!

Detektory seksapilu wybuchają, kiedy na scenie pojawia się Barbara Ducka w towarzystwie sześciu tancerek w czarnych cekinowych sukienkach i krawatach z perełek. Weronika Zięba, Zuzanna Marszał, Aleksandra Karch, Agnieszka Saletra, Sofiia Popova i Laura Łapowuchow z takim ogniem tańczą „Gdzie ci mężczyźni?”, że publiczność wpada w euforię. Brawa dla pań zwłaszcza za efektowny układ z krzesłami.

Nonszalanckie wykorzystanie krzeseł przez tancerzy dodaje także uroku „Libertangu” Astora Piazzolli. Tu paniom towarzyszą już panowie, a jedynym, który pozostaje na polu tanecznej próby sił i może spojrzeć śpiewającej Ewie Grysko w oczy, jest Oleksandr Mysiuk. To oczywiście nawiązanie do wykonania Grace Jones, znanego pod tytułem „I’ve Seen That Face Before” z 1981 r.

Za sprawą sugestywnej choreografii najważniejszym i najbardziej poruszającym momentem tego koncertu jest „Brothers in Arms”, utwór zaśpiewany przez Dominika Koralewskiego w oryginalnej, świadomie nieco przesadnej teatralnej formie.

Trudno wyobrazić sobie bardziej „niesylwestrową” piosenkę, ale to tylko potęguje jej piorunujący efekt. To wkomponowana w strukturę koncertu głęboka refleksja i mrożący wyrzut sumienia. Mark Knopfler napisał ją w połowie lat 80. w reakcji na bezsensowną brytyjsko-argentyńską wojnę o Falklandy (trwała 73 dni – od kwietnia do czerwca 1982 r. i pochłonęła ponad 900 ofiar). Jest to wstrząsający zapis ostatnich myśli i słów, umierającego na polu bitwy żołnierza, którego nie opuścili towarzysze broni. To antywojenny protest song, o wspólnocie, współczuciu i bezsensie zabijania się w konfliktach, z których nigdy nikt nie wychodzi jako zwycięzca. Utwór wielki, o tragicznej wymowie, pełen odwołań do rzeczy ostatecznych, które w genialny sposób zostały wyrażone niesamowitym ruchem scenicznym zespołu baletowego. Są w tym pięknym i upiornym jednocześnie TAŃCU (sic!) obrazy, których w żaden sposób nie można uznać za „rozrywkowe”. Jednak w połączeniu z wysoko postawionym głosem Dominika Koralewskiego sprawiają, że widzowie ze ściśniętymi gardłami obserwują tancerzy, dokonujących heroicznych czynów, w zaprzeczających grawitacji niemożliwych ustawieniach. Uwięzieni w bezsensie wojny, poddani jej wynaturzonym w(pływom) najpierw z nadludzkim wysiłkiem walczą o wyrwanie się z jej macek, a później już tylko zastygają martwi w pomnikowych pozach, przypominających greckich herosów. Towarzyszące ich agonii, nasilające się bezwolne spazmy tancerek, to nic innego, jak próba zerwania okowów i przedśmiertne konwulsje „towarzyszy broni” oraz kobiet opłakujących poległych mężczyzn. Umieszczenie artystycznej wizji apokalipsy w koncercie sylwestrowym dowodzi ogromnej odwagi i przenikliwości autorów widowiska. Nawet w najbardziej radosnym momencie roku nie powinniśmy zapominać, że niedaleko, w okrutnej i niesprawiedliwej wojnie właśnie umierają ludzie. Jarosław Staniek, autor choreografii i zespół baletowy Teatru Rozrywki zasługują na najwyższe uznanie za stworzenie takiego diamentu.

Utworów z głębszym przesłaniem, mówiących o trudnych sprawach i skłaniających do myślenia, jest w tym koncercie więcej, choć żaden nie jest specjalnie eksponowany. Ich wymowa wynika ze sposobu interpretacji oraz choreografii właśnie.

Niezwykłą symbolikę ma pięknie zaśpiewany przez Aleksandrę Dyjas – czystym głosem o imponującej skali – przebój Sii „Chandelier”, opowiadający o uzależnieniach, epizodach depresyjnych nauce na błędach i odzyskiwaniu wolności. Wokalistka, stojąca skromnie na schodach w głębi sceny pozwala, aby widzowie skupili się na niezwykłym przedstawieniu odbywającym się w jej centrum – trzy tancerki (Weronika Zięba, Aleksandra Karch i Agnieszka Saletra) uwięzione w dużych mobilnych klatkach, w ekwilibrystyczny sposób wyrywają się z nich, by po chwili, jakby wbrew własnej woli, ponownie znaleźć się w ich wnętrzu i powtarzać pozornie skazaną na niepowodzenie walkę. Te, którym udaje się w końcu uwolnić, nie pomagają zamkniętej koleżance, lecz wirują z jej klatką w szaleńczym pędzie. Taneczna opowieść idealnie wpasowuje się w powtarzaną w refrenie monotonną wyliczankę: „one, two, three…, one, two, three…” i złowrogie wieloznaczne „huśtanie się na żyrandolu”. Przemawiająca do wyobraźni i zgodna z duchem feminizmu ilustracja zmagań z wszelkimi słabościami i ograniczeniami. Autorką bardzo efektownego, choć niezwykle trudnego i wymagającego perfekcji układu choreograficznego (klatki są niestabilne i ciężkie) jest  Zuzanna Marszał.